JAK WYCHODZIĆ Z CIEMNOŚCI?
Homilia w uroczystość NMP
Królowej Polski
Jasna Góra, „Na Szczycie”
3 maja 2002 r.
Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus!
Najdostojniejsi Księża Kardynałowie: Metropolito
krakowski i Metropolito wrocławski,
Najdostojniejsi Bracia w biskupstwie, posługujący
Kościołowi tak w Polsce, jak i poza Polską,
Czcigodni Bracia w kapłaństwie, słudzy Chrystusa tak
w diecezjach, jak i w zgromadzeniach zakonnych, i w kraju, i poza jego
granicami,
Czcigodne Siostry zakonne i wszystkie Osoby życia
konsekrowanego,
Wielebni Przedstawiciele Zakonów Świeckich:
Kawalerowie i Damy,
Wielce szanowni Przedstawiciele Zwierzchności
cywilnych, pracujący na odcinku społecznym, gospodarczym i politycznym w naszym
kraju, poza jego granicami, jak i w poszczególnych samorządach,
Szanowni Przedstawiciele organizacji, zespołów i
ruchów kościelnych,
Drodzy nam Pielgrzymi przybywający z zagranicy,
szczególnie z Kongresu Polonii Amerykańskiej,
Drodzy Rodacy i wszyscy Goście, którzy jako
pielgrzymi przybywacie na wspólną modlitwę przed Szczyt Jasnogórski - bądźcie
pozdrowieni w Chrystusie i Maryi!
1. Schodzenie z Kalwarii
Po
raz drugi w tym stuleciu spotykamy się pod szczytem Jasnej Góry, aby wyrazić
naszą cześć Królowej Polski. Przychodzimy z uczuciami - jak przystało – i ze
świadomością rozpoczynającego się nowego stulecia, aby podjąć i wypełnić
zadania nakreślone przez Ewangelię, a wypływające z naszego chrztu. Te zadania
w sposób bardziej przystępny zostały określone przez Ojca świętego Jana Pawła
II. Przychodzimy także dla wsłuchania się w słowo Boże, nam głoszone.
Uczestniczymy w śpiewach, gromadzimy w sercu wszystko to, co kształtuje
atmosferę wypracowaną przez odnowienie klasztoru i kaplicy cudownego obrazu
oraz piękną celebrę liturgiczną, wdzięczni za wszystko, co wypracowali stróże
tego sanktuarium – ojcowie Paulini.
Wsłuchując się w słowo
Ewangelii przepisanej na dzisiejszy dzień, słyszymy o tym, co działo się na
Kalwarii w ostatnich chwilach życia Jezusa. Mogłoby się wydawać, że - jak na
uroczystość Królowej Polski - ta scena rozgrywająca się pod krzyżem Chrystusa
jest zbyt smutna (por. J 19, 25-27). Ale ten smutek pod krzyżem nie jest ku
przygnębieniu. To, co opisuje Jan Ewangelista, jest momentem niezwykłej powagi,
w której Chrystus w najwyższym stopniu wypełnia swoje posłannictwo wobec Ojca i
wspina się na szczyty miłości, oddając na krzyżu, na Kalwarii, zawieszony
pośród łotrów, wyśmiewany i pogardzany, swoje życie. Składa najwyższą ofiarę,
która gładzi grzechy całego świata – umiera bowiem Bóg-Człowiek. Umierający
Bóg-Człowiek podniesiony nad ziemię patrzy na tych, którzy ukończyli już
egzekucyjne zadania, zbierają młotki, drabinę i inne narzędzia męki, zabierając
się do odejścia. Jeszcze kręcą się ludzie i niejeden rzuca urągające słowa. Z
wysokości krzyża Chrystus spostrzega Matkę w otoczeniu dwóch niewiast i ucznia
Jana. I wówczas, z wielkim wysiłkiem, umierający Bóg-Człowiek wypowiada
najważniejsze słowa swojego testamentu. Brzmią one: Matko, oto syn Twój. Synu,
oto Matka twoja. W tym testamencie dokonuje się niezwykle poważny, a nawet
radosny akt, który dotyka nie tylko Maryi i ucznia Jana, ale także nas
wszystkich, gdyż wtedy, gdy Chrystus umiera, Maryja w sposób duchowy rodzi syna
- Jana, a w nim nas wszystkich. Tam rodzi się mistycznie Kościół jako
wspólnota, która przyjmie ofiarę Chrystusa, aby z niej wynieść światło dla
swojego życia.
Maryja jako Królowa Polski
przynosi tamten wielki testament do nas. Jego mocą jesteśmy przyjęci za synów
Bożych, za tych, którzy Jej opiece się polecają. Słowa padły z krzyża jeszcze
przed przebiciem serca Jezusa włócznią żołnierza, Maryja bowiem widziała, że
Syn Jej „skłonił głowę”.
Zapewne trzy niewiasty i
Jan, schodząc z Kalwarii, wchodzili w mrok doliny, aby potem wejść w mury
świętego miasta Jeruzalem. Ludzie patrzyli dosyć posępnie na sytuację.
Posępnie, gdyż wydawało się, że poza Golgotą jest lęk przed okupantem rzymskim,
lęk przez intrygami, jakie przenikały społeczeństwo, lęk wobec tego
wszystkiego, co może się stać. I ten lęk, i tę niepewność, i ten mrok w
patrzeniu zauważamy w słowach uczniów, idących do Emaus, którzy mówią tak
szczerze: a myśmy się spodziewali czegoś innego (por. Łk 24, 21).
Spójrzmy jednak na Maryję i
Jana. U nich nie zauważymy narzekań. Oni wchodzą w światło. Dotykamy tutaj
programu nakreślonego przez Ojca świętego na nowe stulecie: „wypłyń na głębię”,
wyjdź z mielizny, powierzchowności, sięgnij w głąb swojej rzeczywistości i nie
obawiaj się spojrzenia w niebo, które łączy się z ziemią. Jak słyszeliśmy w
Apokalipsie: Świątynia w niebie się otwarła i Arka Jego Przymierza jest
widoczna (por. Ap 11, 19). Oto zejście Maryi i Jana z góry Kalwarii jest
schodzeniem w radość zbawienia, w światłość Bożej przestrzeni. Skąd my o tym
wiemy? Przecież Maryja znała Jezusa Chrystusa i wiedziała, że On powiedział, że
zmartwychwstanie. Nadto On dał chleb i wino, jakby nasycone słowami niezwykłej
przemiany: to czyńcie na moją pamiątkę (por. Łk 22, 19-20). I ta pamiątka
pozostaje: chleb to ciało Chrystusa, wino to Jego krew. Tak więc jest obecność
Chrystusa i z taką nadzieją idzie Maryja z Uczniem. I pójdą do Wieczernika, i
tam rozpocznie się to wyzwalanie z lęku i patrzenie w świetlaną przyszłość,
która - choć nie pozbawiona mroków - pozwoli uczniom Chrystusa odważnie iść i
nieść światło, a więc płomień Ewangelii.
2. Maryja ciągle schodzi z Kościołem w świat
Oto treść dzisiejszej
Ewangelii, która jest poparta słowami świętego Pawła, który mówi do Kolosan:
Bracia, dziękujcie Panu Bogu, że możecie przejść z ciemności do światłości, a
ta światłość jest tam, gdzie żyją święci. I dziękujcie Bogu, że z tej ciemności
Chrystus was wyzwolił i wprowadził do swojego Królestwa (por. Kol 1, 12-13). A
więc są dwa poziomy, dwie rzeczywistości: jedna ciemna, mroczna, w której można
zasnąć i zginąć; a druga świetlana, do której trzeba iść i ją zdobywać. I to
jest właściwy program dla nas, dla wszystkich, bo my chcemy iść z Maryją. A
Maryja jest w Kościele. Maryja pozostaje w tajemnicy Chrystusa i w tajemnicy
Kościoła. Jak wtedy schodziła z góry Kalwarii, tak i dzisiaj schodzi z Kalwarii
naszego globu i udaje się do naszych wieczerników, udaje się do domów naszych
Elżbiet, i w swoim obrazie jasnogórskim jakże skutecznie, z miłością przebiega
nasze parafie, aby tym słabnącym, pogrążonym w mrokach, dać siłę, światło,
wyzwolenie.
Tak, Maryja idzie dzisiaj do
świata i widzi mroki, i widzi blaski. My idziemy z Nią jako Kościół i winniśmy
dostrzegać to samo, co Ona dostrzega. Maryja ciągle schodzi do ludzi z
macierzyńskim uczuciem. Czyż nie widzi stajenki betlejemskiej, dziś bazyliki, w
której urodziła Boga-Człowieka? Czyż w Jej uszach nie brzmią jeszcze anielskie
chóry? Czy nie widzi mędrców przychodzących z darami? A to miejsce betlejemskie
otoczone dziś zbrojnymi czołgami jest schronieniem dla ludzi pełnych lęku i
głodnych. Uzbrojeni żołnierze stojący wokół ograniczają ich wolność. Czyż nad
Betlejem nie ukazuje się ten złowrogi Smok widziany w Apokalipsie (por. Ap 12,
3)? Czyż nie roztacza swoich pazurów nad tym skrawkiem świętej ziemi? Ileż
trzeba naszej modlitwy, ileż wysiłku całego Kościoła, aby położyć tamę temu
wszystkiemu, co jest złością, nienawiścią, zawiścią lub wzajemnymi pretensjami
ludzi. Patrząc z Maryją na świat, zauważamy terroryzm, który lekceważy
człowieka, jego prawo do życia i chce zyskiwać przez zabijanie niewinnych,
czasem jakoby w imię świętych spraw, które sobie przedkłada.
A więc są mroki. Widzimy je
także w innych zakątkach. Nie tylko w górach Afganistanu i wieżowcach Nowego
Jorku, które zostały zniszczone. Możemy zajrzeć do laboratoriów, gdzie ludzie
pracują w białych rękawiczkach i dokonują manipulacji genami ludzkimi. Mówi się
wtedy o postępie, jakim jest legalna aborcja i postępie, jakim może być
zalegalizowana eutanazja. A czym jest ta legalizacja prawna, jeśli nie
zwycięstwem mocnego nad słabym, przemocy nad sprawiedliwością! Trzeba z
Chrystusem podjąć powszechną opcję na rzecz ubogich i zrozumieć, co znaczy:
„błogosławieni ubodzy, błogosławieni cisi, błogosławieni czyniący miłosierdzie”
(por. Mt 5, 3-10). Czyż wyhodowanie nowych tkanek z embrionu i różne formy
klonowania człowieka, żeby „podratować” tkankę starzejącego się, a bogatego,
nie oznacza opcji na rzecz bogatych, wpływowych i mocnych? Mamy zrozumienie dla
wysiłku ludzkiego umysłu i genialnych osiągnięć wtedy, gdy one wpisują się w
podnoszenie godności każdego człowieka. Jednocześnie zdajemy sobie sprawę, że
tam, gdzie nie ma trwałych zasad etycznych, tam - w sposób nieunikniony -
następuje degradacja człowieka, jego istnienia, jego godności. Dokonuje się to
wtedy, gdy odrywa się człowieka od jego związku z Bogiem. Człowiek pozostający
w całkowitej mocy drugiego człowieka, zostaje pozbawiony obrony. A prawdziwym
obrońcą ludzi jest Duch Święty - nasz Adwokat, Paraklet, bo On jest prawdą i
świętością.
3. Wchodzić z Kościołem w blaskach nadziei
Bracia i siostry, nie tylko
wielki świat, do którego wchodzi Maryja, niepokoi. Także my schodzimy ze
szczytów Jasnej Góry do naszych domów i pytamy się, czy znowu schodzimy w
mroki, które opuściliśmy, czy też schodzimy z blaskiem, żeby rozpłomienić
rzeczywistość jasnością wiary? Warto zrobić rachunek sumienia i przejrzeć nasze
mroki i możność ich rozproszenia. Te mroki są w naszych rodzinach, wszędzie
tam, gdzie nie ma jedności, gdzie zanikła miłość. Oto widzimy, że wszyscy
dzisiaj chcą pieniędzy, chcą ich jak najwięcej, i za pieniądze mogą wyprzedawać
największe wartości. Ale czy to jest szczęście, czy to jest właściwa droga?
Spotykamy mrok bezrobocia i nie możemy na to zamykać oczu. Wszyscy mówimy, że
trzeba coś zrobić, szukać miejsc pracy drogą administracyjną i gospodarczą.
Tak, to jest obowiązek, ale poza drogą administracyjną, jest jeszcze ludzki
obowiązek, aby każdemu, kto jest w biedzie, wspólnie przychodzić z pomocą, aby
powiedzieć: gdy jesteś bezrobotny, imaj się każdej pracy, jaka się pojawia, nie
wybieraj sobie stosownej do twego wykształcenia czy aspiracji, bo każda praca,
choćby była prosta, uszlachetnia i podnosi godność. Ponadto, mamy przybliżać
ludziom nadzieję, że ktoś jest przy nich. Miłość zagrożona jest wtedy, kiedy
nie ma obok nikogo życzliwego. To, co nam zagraża, to brak miłości powodowany
tymi aspiracjami, które uchodzą za nowoczesne, a cofają człowieka, bo poniżają
jego godność. Jakże trudno obiecać: wyrośniesz, zdobędziesz pracę.
Bracia, to jest wielkie
zadanie społeczne, które musimy podejmować także we wspólnocie wiary. Trzeba
dużo modlitwy, trzeba dużo wspólnego wysiłku, aby widzieć jasno problemy,
zwłaszcza młodzieży. Patrząc na młodzież, dostrzegamy dużo blasku i nadziei.
Trzeba młodzież oderwać od telewizora, od komputera. Dlaczego? Dlatego, że
człowiek młody sam może się zamknąć w samotności. A jakże trudna jest samotność
młodego człowieka! Jest to jedna z największych bolączek! Samotność dotyka
ludzi starych, w domach opieki, gdy zapominają o nich synowie i córki, ale
gorsza jest samotność młodego człowieka, kiedy przychodzi on do domu i ma do
dyspozycji tylko lodówkę. W lodówce jest zamrożone jedzenie, brak natomiast
dobrego słowa, nie ma komu się do niego odezwać. „Radź sobie!” - to oznacza:
nikt ciebie nie kocha. Czuć, że nie jestem kochany - czy to nie jest
rozpaczliwa samotność, zwłaszcza dla młodego?! A jeżeli nie ma tej miłości, to
idzie do zespołów, które niszczą miłość, do grup agresywnych. Stąd też zadanie:
„wypłyń na głębię”, wezwanie: „idź ku światłu”. Trzeba zauważać to światło i ku
niemu samemu się kierować i innych.
Chcę tu przypomnieć
wczorajsze spotkanie w Warszawie, na polach wilanowskich, gdzie wmurowaliśmy
kamień węgielny pod świątynię Opatrzności Bożej. Ileż entuzjazmu, życzliwości
wszystkich warstw społecznych wydobyło się ze stwierdzenia, że wreszcie możemy
coś zrobić. Co prawda po 210 latach, ale dla Boga tysiąc lat jest jak jeden
dzień. Przez te 210 lat dojrzeliśmy, zrozumieliśmy lepiej sens Opatrzności i to
wszystko, co z Opatrznością jest związane. A jest to czuwanie Boga nad ludźmi.
Ludzie chcą iść swoją drogą, a dobry Bóg chce wszystkich przybliżać do jedności
i do wspólnoty, która ma być w Jezusie Chrystusie.
Oto są wota naszego
jubileuszu: obok świątyni Miłosierdzia Bożego w Krakowie i sanktuarium w
Licheniu, właśnie świątynia Opatrzności Bożej jako wyraz przybliżenia rządów
Boga, aby Jego czujność rozprzestrzeniała się na wszystkich dotkniętych mrokiem
czy osamotnieniem. I stąd też odnajdujemy wiele nadziei w młodych ludziach.
Jeżeli oni przychodzą i chcą być z Ojcem świętym, z człowiekiem w podeszłym
wieku, to dlatego, że chcą spotkać kogoś ich kochającego. Młody człowiek wie,
że przynajmniej on kocha ludzi, że młody człowiek jest przez Ojca świętego kochany.
I to jest ten nowy płomień światła, który ma się rozniecać w Toronto.
Oczekujemy bowiem wielkiego spotkania w Kanadzie, pod koniec lipca. Niech ono
będzie tym nowym ogniskiem, które rozjaśni umysły młodych ludzi, a przez
młodych ludzi także tych starszych, którzy są nieraz zgorzkniali w poszukiwaniu
tylko doczesnych dóbr.
Innym znakiem, który
wskazuje, że szukamy światła, jest także ekumenizm, a więc zbliżanie się wyznań
chrześcijańskich, które patrząc na siebie zdołały sformułować Kartę
Ekumeniczną. Warto ją przestudiować, aby wiedzieć, ile nacisku położono na
Pismo święte łączące nas, łączące nas słowo Boga. Z Pisma świętego wyłania się
postać Chrystusa, który przychodzi do nas wszystkich. Tak więc ruch ekumeniczny
jest jakimś blaskiem w tym scalaniu nas, ludzi. I chociaż mamy przykłady
negatywne, to one tym bardziej podkreślają, że potrzebna jest jedność.
Przykłady negatywne możemy przywołać z historii, np. dzieje świętego Rafała
Kalinowskiego, który pracował jako katorżnik na Syberii, w Usole, i wyprosił u
Boga sprowadzenie w to miejsce karmelitów, którzy modlą się tam za zesłanych i
dziś żyjących. Chcę także wspomnieć o arcybiskupie warszawskim, słudze Bożym
Zygmuncie Szczęsnym Felińskim, którego beatyfikacji spodziewamy się przy
najbliższej pielgrzymce Ojca świętego do Polski. Otóż ten biskup był tylko
przez 16 miesięcy biskupem Warszawy. Po powstaniu styczniowym wywieziony w głąb
Rosji, przez 34 lata nie mógł wrócić do swojej diecezji. Jakże dzisiaj wahadło
się przesunęło! Teraz biskup, pełen energii i wiary - myślę o biskupie Jerzym
Mazurze - chce udać się do swoich, ale zatrzymują go na granicy i nie
pozwalając udać się na Syberię. Jakiż paradoks, który - jak myślę - jest
wyjątkiem w tym ograniczaniu dobra. Przecież my naprawdę nie chcemy nawracać
żadnego członka Kościoła prawosławnego, natomiast chcemy nieść Ewangelię
ludziom, którzy nie znają żadnej wiary, którym nie jest głoszona Ewangelia, a
jest ich tak wielu! Oni potrzebują miłości, tej miłości wyrażonej w pomocy
doczesnej i w pomocy duchowej. Jakże więc w tych blaskach, gdy schodzimy z
Jasnej Góry, gdy schodzimy razem z Kościołem z Kalwarii, nie powiedzieć światu
o pokoju, o potrzebie sprawiedliwości, o tej służbie dobru, którego chcemy
dokonywać na wszystkich kontynentach, także w dalekiej mroźnej krainie nad
Bajkałem! Amen.
|
(c) 1997 Sekretariat Prymasa Polski, Wszelkie prawa zastrzeżone. |