Homilia w uroczystość NMP Królowej Polski
Jasna Góra, "Na Szczycie"
3 maja 2001 r.
Niech będzie pochwalony Jezus
Chrystus!
W miłości braterskiej pozdrawiam
Księdza Kardynała Metropolitę krakowskiego, który przewodniczy naszej modlitwie
eucharystycznej;
w tej samej Chrystusowej miłości
pozdrawiam wszystkich Braci w biskupstwie, z jakiegokolwiek kraju przybyli, i
wszystkich Braci w kapłaństwie;
pozdrawiam wszystkie Osoby życia
konsekrowanego i Służbę liturgiczną;
słowa wielkiego szacunku kieruję
do wszystkich Przedstawicieli władz państwowych i lokalnych;
w sposób szczególny pozdrawiam z
miłością naszych Rodaków, którzy przybyli spoza granic naszej Ojczyzny,
i Was wszystkich, kochani Bracia i
Siostry, Pielgrzymi jasnogórscy!
"[Bóg]
uwolnił nas spod władzy ciemności i przeniósł do królestwa swego umiłowanego
Syna, w którym mamy odkupienie" (Kol 1, 13).
1.
Królowa Polski pozostaje ta sama
Dnia 3 maja, jak co roku, przybywamy na
Jasną Górę, aby uczcić Królową Polski, Matkę Jezusa, naszego Zbawiciela, i
Matkę Kościoła. Przychodzimy ze wspomnieniem Konstytucji Trzeciego Maja,
z końca XVIII wieku, która kończyła się religijnym postanowieniem budowy
świątyni Opatrzności Bożej jako dziękczynienia za wolność. Przychodzimy co
roku, w zmieniających się okolicznościach społeczno-ustrojowych, z tą samą
postawą hołdu, dziękczynienia i prośby. W tym roku przychodzimy wraz z nowym
tysiącleciem, liczonym od narodzenia naszego Zbawiciela z Maryi. Ona dała
światu Syna Bożego, który przenosi nas z ciemności do królestwa światła (por. 1
P 2, 9). Właściwie cała droga ludzkości jest wydobywaniem się z mroków ku
jasności. Ze szczególnym nasileniem dokonuje się to wraz z chrześcijaństwem,
które - dysponując objawioną prawdą Ewangelii - dąży nieustannie do promowania
wolności, w której mają wzrastać dzieci Boże.
Wśród zmienności świata zauważamy
niezmienność zasad, na których budujemy nasze życie religijne. Do trwałych i
niezmiennych filarów naszej wiary należy cześć do Matki Najświętszej. Ona
niezmiennie jest naszą królową. Nie zamieniamy naszego oddania Matce Chrystusa
na żaden inny ideał. Potwierdzamy, że Ją wybieramy każdego roku. Ona jest i
pozostanie królową naszych serc. Ona skutecznie wyprowadza nas spod władzy
ciemności. Dlatego też w naszym dzisiejszym rozważaniu po pierwsze: zatrzymamy
się przy osobie kardynała Prymasa Stefana Wyszyńskiego i jego zawierzeniu
Maryi; po drugie: zastanowimy się nad tysiącleciami, których rocznice przyszło
nam przeżywać; po trzecie: powiemy sobie, co oznacza dla nas dziś wezwanie Ojca
świętego: "Duc in altum", "wyjedź na głębię".
2. Czasy
Prymasa Wyszyńskiego - droga z mroku do światła
Rok Sługi Bożego Prymasa Tysiąclecia,
obchodzony z okazji Jego setnych urodzin, pozwala nam spojrzeć przez Jego
życie, na cały ubiegły wiek, jako wyłanianie się z mroków dzięki zawierzeniu
Matce Najświętszej.
Mały Stefek Wyszyński słuchał głosu
dzwonu, jaki rozbrzmiewał z wieży kościoła parafialnego w Zuzeli, na Podlasiu,
i łączył się z dźwiękami organów, na których grał Jego ojciec. Oglądał piękne
ryciny przechowywanego w domu rodzinnym albumu, ukazujące starożytne Gniezno i
Kruszwicę, Jasną Górę i Warszawę. Tak młody Stefan pod zaborem rosyjskim uczył
się Polski, która żyła pod strzechami wiernego ludu, choć nie była obecna w
gabinetach polityków.
Pierwsze bolesne przeżycie, pierwsza
próba hartowania ducha przyszła wówczas, gdy jako dziewięcioletni chłopiec wraz
z młodszym i starszym rodzeństwem przeżył śmierć matki. Choć macocha była
kochającą matką, młody Stefan uczył się kochać Matkę Jezusa jak swoją. To
światło opieki Maryi zabłysło, gdy przeżywał mrok choroby odsuwającej go od
święceń kapłańskich we Włocławku. Wyświęcony później, dla - jak się mówiło -
odprawienia chociaż jednej Mszy świętej, pojechał odprawić ją po raz pierwszy
na Jasnej Górze. Odtąd zażyłość z Matką Jasnogórską stawała się coraz głębsza,
pełna nadprzyrodzonego spoufalenia. Po krótkim okresie pracy wikariusza podjął
studia, najpierw w Lublinie, potem w Lowanium i w Rzymie, aby jako doświadczony
redaktor i duszpasterz-społecznik wejść w mroki II wojny światowej i okupacji
hitlerowskiej. Posłuszny biskupowi, włączył się w ciżbę uciekających ku
wschodniej granicy Polski i w ten sposób uniknął wywiezienia do obozu koncentracyjnego.
Natomiast zapoznał się z życiem polskiego podziemia w Laskach i w Warszawie,
pogłębiając znajomość potrzeb duszpasterskich swojej przyszłej stolicy
arcybiskupiej. W roku 1945 na krótko zaświtała wolność, aby znów dać miejsce
mgłom komunistycznego totalitaryzmu, które zasnuwały całe obszary wschodniej
Europy. Wtedy właśnie kardynał Prymas Hlond oznajmia księdzu Wyszyńskiemu wolę
Ojca świętego co do objęcia stolicy biskupiej w Lublinie. Trzeba było zwrócić
się do tej "latarni morskiej", jaką była Jasna Góra, aby tam w dniu 12 maja
1946 roku przyjąć święcenia biskupie i zawierzyć swoją posługę biskupią Tej,
której systemy polityczne nie przemogą.
Po Lublinie przyszła kolej na podjęcie
posługi prymasowskiej w Gnieźnie i w Warszawie. Wówczas już nie mgły, ale
systematyczna ciemność zaczęła ogarniać naród, zaczynając od ograniczeń
wolności Kościoła. Kroczenie w prawdzie głoszonej przez Kościół, mimo postawy
dialogu, jaka cechowała Prymasa Wyszyńskiego, musiało się zakończyć więzieniem.
W celach poklasztornego więzienia w Rywałdzie, a później w Stoczku Warmińskim,
w Prudniku i w Komańczy serce cierpiącego i rozmodlonego Prymasa rozniecało się
ogniem, który wyda płomień odrodzenia moralnego zawarty w dziewięcioletnim
programie Wielkiej Nowenny. Punktem wyjścia dla Nowenny była 300. rocznica
ślubów Jana Kazimierza, przypadająca w roku 1956. Wtedy jednak, gdy naród
przypominał sobie królewską przysięgę składaną Bogurodzicy, Prymas był jeszcze
pozbawiony wolności, a na miejscu przewodniczenia celebrze leżała wiązanka
biało-czerwonych róż. Róże pojawią się ponownie dziesięć lat później na tronie
jasnogórskiej celebry, już nie na tronie Prymasa, ale na tronie przygotowanym
dla papieża Pawła VI, któremu ówczesne władze nie przyznały prawa wjazdu do
Polski. Był to dzień, w którym Prymas Wyszyński oddawał naród Maryi w niewolę
miłości i kończył Wielką Nowennę, w roku Tysiąclecia Chrztu Polski.
Tak rozpoczynało się przez Maryję
wychodzenie spod władzy ciemności. Sługa Boży kardynał Stefan doczekał też
radości wyboru kardynała Wojtyły na Stolicę św. Piotra. Tu można przytoczyć
słowa św. Pawła, który pisze do Kolosan: "Niech moc Jego [Chrystusa] chwały w
pełni was umacnia do [okazywania] wszelkiego rodzaju cierpliwości i stałości! Z
radością dziękujcie Ojcu, który was uzdolnił do uczestnictwa w dziale świętych
w światłości" (Kol 1, 11-12). Pan Bóg oszczędził swemu słudze Stefanowi ciemnej
chmury stanu wojennego, ale wtedy paliły się już światła tysiąclecia
chrześcijaństwa na Watykanie w osobie Jana Pawła II.
3. Dwa
tysiąclecia w jednym pokoleniu
Przeżyliśmy w Polsce na przestrzeni 35
lat dwie rocznice tysiącleci: w roku 1966 Millennium Chrztu Polski, a teraz, w
roku 2000, Wielki Jubileusz dwóch tysięcy lat chrześcijaństwa. Zestawiając te
dwie rocznice jestem daleki od tego, by wskazywać jedynie na ich zewnętrzną
manifestację, choć ma ona wielkie znaczenie. Między tymi dwiema rocznicami
przebiega duchowa więź związku z Chrystusem, która wywołuje potrzebę rewizji
swego życia - zgodności czy niezgodności z Ewangelią, więzi lub dystansu wobec
Kościoła i umiejętności patrzenia na drugiego człowieka w jego godności dziecka
Bożego.
Obchody tysiąclecia chrztu poprzedził
program Wielkiej Nowenny, przypominający o potrzebie obrony życia,
pielęgnowania etyki osobistej i rodzinnej oraz praktykowania cnót społecznych.
Towarzysząca obchodom milenijnym propaganda ateistyczna, która ograniczała
wystąpienia Kościoła w miejscach publicznych, zaowocowała wreszcie
aresztowaniem obrazu jasnogórskiego. To pozwoliło ludziom zrozumieć, że obok
twierdzeń propagandy jest inna prawda, że obok zakazów jest dobrodziejstwo
wolności. Tamte obchody były uczestnictwem katolików w odkrywaniu życia
Kościoła lokalnego, trochę nieśmiałym, ale ukazującym przed ludźmi to, co potem
znalazło wyraz w zburzeniu muru berlińskiego. Mówię o katolikach, ponieważ inni
chrześcijanie takiej możliwości nie mieli - owszem, nagabywani, często odcinali
się od tak zwanych "awanturniczych poczynań Wyszyńskiego". Natomiast dźwignęło
się polskie wychodźstwo. Chyba nigdy wierzący Polacy nie dali tak pięknego
świadectwa o sile wiary w Chrystusa jak w tamtym pamiętnym roku polskiego
milenium. Pokazali, poprzez uroczystości, wykłady i publikacje, jak współczesna
jest Ewangelia przeżywana na różnych kontynentach. Warto zajrzeć do albumu
stanowiącego syntezę tamtych przeżyć, aby zrozumieć uniwersalizm wiary Polaków
po Soborze i jakby naturalne przygotowanie papieżowi z rodu Polaków
apostolskiej drogi do głoszenia miłosierdzia zbolałemu światu. Patrzymy z
podziwem na jednoczącą siłę chrztu, włączającego ludzi w Kościół Chrystusowy,
gdy czytamy przemówienia i oglądamy zdjęcia z wielkich uroczystości w Rzymie, w
Australii, w Anglii i w Szkocji, w Niemczech, w Chicago i w Detroit, w
Brukseli, w Buenos Aires i w tylu innych miastach świata. Cisza panowała wtedy
jedynie w Kościele na Wschodzie Przeżywanie tamtego milenium nie ograniczało
się do Polonii, ale angażowało autorytety poszczególnych państw do współudziału
w przeżywaniu daru wiary, który Polacy przynieśli z sobą do danego kraju.
Tak wygląda prawda o uczczeniu
pierwszego, lokalnego tysiąclecia. Drugie milenium, jako Wielki Jubileusz
Kościoła powszechnego, włączało nas w lud Boży całego świata. Śledziliśmy
wiernie wskazania programowe zawarte w Liście Apostolskim "Tertio Millennio
adveniente" i co roku wnikaliśmy - poprzez kontemplację wiary - w łaskę
Pana naszego Jezusa Chrystusa, w dar jedności w Duchu Świętym i w miłość Boga
Ojca. I tak, po przeżyciach Wielkiego Jubileuszu, jakże obfitego w wyznanie win
i słabości, wyszliśmy naprzeciw wyzwaniom XXI stulecia.
4. "Wyjedź na głębię" - polecenie na XXI
wiek
"Wyjedź na
głębię" - to hasło, właściwie rozkaz Chrystusa, ale i zadanie dla Kościoła na
otwierającą się właśnie przyszłość, odczytujemy w Liście Apostolskim "Novo
Millennio ineunte". Czy sprostamy temu, czy potrafimy odpowiedzieć na
odważną propozycją uświęcania świata właśnie wtedy, kiedy on przekazuje program
sekularyzacji, czyli odrzucenia wszystkiego, co ma znamię sacrum? Czy przez
pracę Kościoła możemy przywrócić poszanowanie zasad trwałych i niezmiennych,
gdy rozpowszechniana jest jedyna zasada - że nie ma zasad; że to, co ty
uważasz, co tobie się wydaje, jest normą poprawnego zachowania się w świecie?
To są niesłychanie trudne problemy, o których decyduje często nie władza, nawet
silna i demokratycznie wybrana, ale opanowane przez nielicznych i odpowiednio
dobrane media, skupione w rękach ludzi bogatych, a żądnych dalszych wpływów.
Znów jak gdyby stajemy w ciemnościach i wydaje się, że nie widać drogi wyjścia.
Dla Kościoła jednak nie ma spraw
beznadziejnych. Im trudniejsze są wezwania doczesne, tym więcej musi wzywać
pomocy Bożej, tym ufniej w światłach Zmartwychwstałego wychodzić spod władzy
ciemności. Jednym z elementów nadziei na włączenie się Kościoła w budowanie
lepszego świata jest ruch ekumeniczny, który jest wolą wspólnot wierzących,
wolą wzajemnego zbliżenia i rozumienia przyjmowanego powszechnie Słowa Bożego.
Pragnienie łamania podziałów odzywa się szczególnie pośród wierzącej młodzieży,
która umie być gwarantem wiary. Takie postawy wiary młodzieży mogłem obserwować
na spotkaniu ekumenicznym w Strasburgu, mogłem też obserwować naszą młodzież
podczas uroczystości ku czci pomordowanych obywateli polskich na podwarszawskim
cmentarzu w Palmirach.
Wspomnienie
cmentarzy, szczególnie tych z czasów okupacji, także przywołuje mrok. Z tego
mroku więcej wyszło Polaków, a więcej w mroku śmierci pozostało Żydów. Ten mrok
to nienawiść posunięta aż do ogłupienia człowieka, który potrafi zabijać na
rozkaz albo w obłąkanej nadziei, że zdoła siebie ocalić choć przez jeden dzień,
zaczyna współpracować z mordercą. Cóż znaczy słowo "przepraszam" za zadaną
śmierć?! Pamiętam, jak w październiku 1991 roku rozmawiałem z uczciwymi Żydami
w rezydencji kardynała O'Connora w Nowym Jorku, a zza okien dochodziły okrzyki
innych Żydów, zorganizowanych przez rabina Weissa, skandujących: "Glemp,
przeproś!". Dziś minęła koniunktura na Weissa i karmelitanki, a przyszła kolej
na Grossa i Jedwabne. I znów jakiś otumaniony dziennikarz wymusza odpowiedź na pytanie,
czy będzie przeproszenie? Otóż tak, będzie przeproszenie, ale takie, które
będzie sięgało głębokiej przemiany serc - przeproszenie Boga za zło, za
opętanego przez szatana i jego nienawiść człowieka. Szatan potrafił połączyć
nienawiścią Niemców, Polaków, Rosjan-bolszewików i Żydów. W Jedwabnem obywatele
polscy pomordowali obywateli polskich wyznania mojżeszowego, jak wynika z
zebranej do dzisiaj dokumentacji. Działo się to także gdzie indziej. Historia i
wspomnienia odnotowują także Żydów niszczących swoich rodaków. Episkopat Polski
wyznaczając sobie dzień modlitwy chce przede wszystkim przeprosić Pana Boga, bo
On został najbardziej obrażony jako Stwórca. Stworzył nas, ludzi, na swoje
podobieństwo, a co my, ludzie, zrobiliśmy z tym wizerunkiem! Dlatego też
"przepraszam" musi sięgnąć samej istoty człowieczeństwa, musi mieć takie
drgania w skali Opatrzności, by dotarło aż do Ziemi świętej i powiedziało
żyjącym tam sąsiadom: przeproście się, powiedzcie sobie "przepraszam",
przestańcie walczyć.
Maryjo, stojąca
pod krzyżem Syna, znająca sens przebaczenia, uproś nam łaskę szczerego
przeproszenia Boga i szacunku dla człowieka. Amen.
|
(c) 1997 Sekretariat Prymasa Polski, Wszelkie prawa zastrzeżone. |